niedziela, 18 stycznia

Rozmowa z płk. (rez.) Piotrem Gąstałem – byłym dowódcą Jednostki Wojskowej GROM, obecnie prezesem zarządu spółki ORLEN Ochrona.

Był pan jednym z pierwszych żołnierzy Jednostki Wojskowej GROM, później pełnił także funkcję dowódcy JWG. Na początku jednostka była ściśle tajna, nie składało się ankiet o przyjęcie do służby, a proces selekcji dopiero się kształtował. Jak wówczas GROM szukał najlepszych? Jak pan trafił do GROM-u?

Płk (rez.) Piotr Gąstał | Fot. Źródło: arch. GK ORLEN

Na początku w poszukiwaniu ludzi do służby w jednostce wizytowano kompanie specjalne i szkoły oficerskie. Obserwowano ludzi, którzy mają szansę przejść testy sprawnościowe i w zawoalowany sposób przedstawiano zadania jednostki. Towarzyszyły temu pokazy sprawności fizycznej oraz technik dynamicznego strzelania. W swoich wspomnieniach pisał o tym twórca jednostki Sławomir Petelicki. Najpierw lądowali śmigłowcem, robili szybki pokaz tego, co potrafią, udzielali krótkiej informacji o jednostce i odlatywali. To wszystko miało spowodować zaciekawienie u kandydatów, którzy pozostawali z myślą, czy warto się do takiej służby zgłosić.

W efekcie tych działań wielu podchorążych trafiło na pierwsze selekcje w mundurach wyjściowych, nie mając pojęcia na czym polega selekcja, co trzeba na nią zabrać i jak potem będzie wyglądać służba.

Moja droga do Gromu była inna. Dzięki pewnej historii. W jednostce służył już między innymi Leszek Drewniak, mój trener, pionier karate w kraju, a także trener polskiej kadry narodowej. Będąc na obozie sportowym karate latem 1991 r., usłyszałem od mojej koleżanki niebywałą na tamte czasy opowieść o jej szkoleniu w Stanach Zjednoczonych. Twierdziła, że latała śmigłowcem, zjeżdżała na linie, strzelała z różnych typów broni i w różnych pozycjach strzeleckich. Wszystko to brzmiało zjawiskowo i mało adekwatnie do przeżyć z mojej odbytej właśnie dwuletniej zasadniczej służby wojskowej. Po powrocie z obozu Leszek Drewniak zapytał, czy nie chciałbym wstąpić do jednostki, która potrzebuje ludzi mówiących po angielsku. Skojarzyłem opowieść Majki z tą Leszka i podjąłem decyzję. Nawet praca w Zamku Królewskim w Warszawie z miejsca przestała być atrakcyjna. Chciałem dostać się do tej jednostki. Tydzień spędziłem pod drzwiami gabinetu ppłk. Sławomira Petelickiego przy ulicy Podchorążych, gdzie GROM miał wtedy swoją siedzibę. Nie wiedziałem o jednostce nic, tylko wiara w fajną i niepowtarzalną przygodę, którą obiecywał Leszek pchała mnie w to miejsce. Zostałem przyjęty przez Petelickiego dopiero w piątek późnym popołudniem, po tym, jak już wszyscy opuścili budynek. Co najbardziej pamiętam, to przenikliwy wzrok pułkownika oraz to, że z angielskiego zostałem dosłownie przemaglowany. A nie znałem wtedy wielu słów z terminologii wojskowej. Trzeba się było ich szybko nauczyć. Po latach zrozumiałem, dlaczego tak długo kazano mi czekać. Sławek sprawdzał moją determinację. Następne były badania lekarskie i psychologiczne. Służbę zacząłem niemal natychmiast, ponieważ zaczynały się pierwsze szkolenia z amerykańskimi instruktorami i trzeba je było tłumaczyć. Okazało się, że GROM będzie jednostką kontrterrorystyczną, uwalniającą zakładników. Powstał sztab kryzysowy utworzony przez Amerykanów. Od początku miałem w nim swój udział. Jednocześnie odbywały się szkolenia strzeleckie i taktyczne pierwszej grupy bojowej, która latem 1991 r. przeszła selekcję.

Dwadzieścia pięć lat mojej służby w GROM-ie zleciało jak jeden dzień na nieustannych szkoleniach, poligonach, ćwiczeniach i poznawaniu wielu niedostępnych części świata w sposób niekonwencjonalny i ekstremalny, które gwarantowały kolejne misje.

Jak wyglądały pierwsze selekcje? Była wówczas tradycja, która stała się swoistą legendą, że przyjęcie do jednostki pieczętowane było uściskiem dowódcy ppłk. Sławomira Petelickiego. Podczas swojej selekcji pan już był żołnierzem GROM, czy zatem ten uścisk dłoni na koniec selekcji miał dla pana szczególne znaczenie?

Uścisk Petelickiego miał znaczenie. Był potężny! Sławek miał gumę, którą bez przerwy ściskał w prawej dłoni, pracując nad jak najsilniejszym chwytem. Stąd ta legenda o żelaznym uścisku. Chwytając wyciągniętą dłoń, Sławek patrzył prosto w oczy, na wskroś przeszywając delikwenta, i trwał w tym uścisku do czasu, aż gość pierwszy odpuści. Trzeba doświadczyć czyjejś charyzmy, żeby to zrozumieć. Za Sławkiem poszlibyśmy w ogień.

Na pierwszych selekcjach kandydaci mieli stawić się w określonym miejscu i czasie w Bieszczadach. Na miejscu dostawaliśmy mapę. Mnie trafiła się niemiecka z 1943 r. Musieliśmy znaleźć wskazane przez instruktorów punkty i jak najszybciej dojść do kolejnych wyznaczonych miejsc. Nie mieliśmy pojęcia, ile tych punktów będzie. Niemożliwym było jakiekolwiek rozłożenie sił i o to chodziło instruktorom. A że należało to zrobić jak najszybciej, wszyscy zamiast iść biegliśmy. Co w górach może przynieść opłakane skutki. Pamiętam, jak wpadłem w pułapkę zastawioną na sarny; była to duża pętla, która zacisnęła się wokół mojej szyi. Pomógł mi się z niej uwolnić Wodzu, szczęśliwym trafem przebiegający obok. Niektóre punkty znajdowały się na stromych szczytach, takich jak Walter. Często nie samo podejście było trudne, a schodzenie, często zamieniało się w spadanie. Człowiek czepiał się palcami ziemi i wszystkiego co z niej wystawało. To była bardzo wyczerpująca walka z własnymi ograniczeniami
w nieznanym terenie i w nieznanym reżimie czasowym. Po kilku dniach intensywnego marszu na orientację następowała słynna nocna pętla bieszczadzka. Ekstremalnie wyczerpany musiał pokonać ponad 50 km dystans z dużym obciążeniem. Z niedospania, niedożywienia, kompletnie wyzuty z energii, miałem wrażenie, jakby paznokcie same odpadały od stóp. Ale motywacja była silniejsza, trzeba przejść selekcję, aby się dostać do jednostki. To prawdziwie ekstremalne wyzwania, które przełamują wszelkie ograniczenia i słabości, okupione stratą nawet kilkunastu kilogramów wagi.

Jak pan pamięta pierwszy i ostatni dzień swojej służby w Jednostce Wojskowej GROM?

Po przekroczeniu progów Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych przy ul. Podchorążych w Warszawie gdzie GROM „dzierżawił” kilka pomieszczeń pomyślałem: co ja najlepszego zrobiłem, wracając do wojska. Magazyn mundurowy, z którego musiałem pobrać sorty mundurowe i podstawowe wyposażenie, robił przygnębiające wrażenie i pachniał charakterystyczną stęchlizną. Było co prawda kilka amerykańskich rzeczy, ale większość niczym się nie różniła od tradycyjnego przydziału. Co innego broń, z najwyższej półki. Byliśmy zachwyceni, a gdy zaczęły się treningi strzeleckie, a potem taktyczne, gdy poznawałem zupełnie nowe umiejętności, jak planowanie czy kierowanie działaniami, to każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu o wyjątkowości formacji i zadaniach, jakie ma realizować. Zadaniach, co tu kryć, najwyższej wagi.

Ostatni dzień … słów brak. To było już po odwołaniu przez ówczesnego ministra Macierewicza, który początkowo uniemożliwiał moje pożegnanie ze sztandarem oraz oficjalne przekazanie obowiązków. Zrobiliśmy to w sposób bardzo nieformalny i nieoficjalnie. Godne odejście i przekazanie obowiązków zawdzięczam dowódcy Wojsk Specjalnych, gen. Jerzemu Gutowi, który poszedł w zaparte, aby tradycji, a nie partykularnym interesom, stało się zadość.

Nie ukrywam, że żałuję, iż tak się wszystko nagle skończyło. W ostatnim dniach służby w GROM-ie nie czułem ulgi, tylko smutek i żal, że trzeba z niej odchodzić. To były bardzo dziwne i trudne czasy, a mnie martwiła niepewność o najbliższe lata funkcjonowania jednostki. Pamiętam słowa, jakie skierowałem do żołnierzy, że być może trzeba będzie schylić karku, ale nigdy nie dać go złamać. Zależało mi bardzo, aby byli czujni, nie dali się wykorzystać politycznie i aby nasze wartości przetrwały.

Czym się różniły te pierwsze selekcje od tych, które były organizowane w czasach, kiedy pan był dowódcą Jednostki Wojskowej GROM?

W pierwszych selekcjach z przystępujących 200–300 osób tylko ok 10% ją zaliczało. Kolejne selekcje były modyfikowane pod stworzony profil psychofizyczny operatora zespołów bojowych. Część odpowiadających profilowi żołnierzy spośród kandydatów staraliśmy się wyłonić jeszcze przed etapem selekcji w Bieszczadach.

To był, jest i będzie proces. Taka selekcja to dla jednostki wyzwanie: trzeba dedykować spore zespoły ludzkie, które przygotowują i zabezpieczają proces selekcyjny. Odrywa się instruktorów od bieżącego szkolenia. Dlatego te procesy zostały poddane modyfikacjom. Jednostka już na wczesnym etapie starała się zidentyfikować potencjalnych kandydatów, którzy mają szansę przejść selekcję. Po najważniejszym etapie selekcji w Bieszczadach tym, którzy zaliczyli, gratulowałem, jak każdy d-ca mówiąc: czekamy na was. To czekanie dla niektórych okazywało się bardzo długie, nawet 2–3 lata, ponieważ macierzyste jednostki nie chciały pozbywać się dobrych żołnierzy. Był to często dramat chłopaków, pragnących ponad wszystko znaleźć się w naszych szeregach.

W ciągu tych 25 lat, które wydarzenie lub wydarzenia z pana służby najbardziej pozostały w pamięci?

Są to na pewno pierwsze wspólne treningi z brytyjskim SAS czy amerykańską Deltą. Do tej pory pamiętam pierwsze C-130 czy C-5 Galaxy lądujące w Babimoście. Próbowaliśmy je rozładować, ale nie było czym. Pożyczyliśmy od okolicznych PGR-ów i innych przedsiębiorstw kilka wózków widłowych, aby te palety rozładować. Polskie lotniska wtedy takim sprzętem nie dysponowały.

Pamiętam pierwsze wspólne treningi ze 160. Lotniczym Pułkiem Operacji Specjalnych, czyli SOAR, z którym lataliśmy nad Bornem Sulinowem i na Wędrzynie. To były niesamowite loty śmigłowcami MH60 Black Hawk czy MH-6 Little Bird między domami i drzewami. Desantowały nas, lądując często jednym kołem na dachu budynku albo na skrzyżowaniach pomiędzy zabudowaniami. Podobne rzeczy można było oglądać tylko w filmach, a my robiliśmy to już w 1996 r. w Polsce!

Pierwsze treningi z brytyjskim SAS czy amerykańską Delta Force pozostały mi w pamięci jako coś niesamowitego, czego wcześniej nikt nie robił w kraju. Po treningach z amerykańskim lotnictwem sił specjalnych płk Petelicki podjął decyzję o tworzeniu własnej eskadry śmigłowców. Pozyskano pierwszy śmigłowiec W3RM Anakonda, który pomalowano na szaro. Wtedy po raz pierwszy szachownice były namalowane w systemie ograniczonej widzialności. Po tym, jak śmigłowiec uległ wypadkowi, dopiero po 20 latach powołano ponownie zespół lotniczy wyposażony w Black Hawki.

Pierwsza misja w Haiti to było coś niezwykłego. Wszystko było zupełnie inne. Trzeba było nie tylko szybko odnaleźć się w obcym kulturowo środowisku, ale i sprawnie wykonywać postawione zadania. Późniejsze misje, które realizowaliśmy, były niemal bojowe – jak we Wschodniej Slawonii, gdzie jako pierwsi pochwyciliśmy zbrodniarza wojennego. Doświadczenia były mocne. Niecodziennie uczestniczy się w odkrywaniu masowych grobów. Takich przerażających widoków i zapachów się nie zapomina. Później misje bojowe w Kosowie, Iraku i Afganistanie. Każdy wyjazd poza bazę był wyzwaniem. Strzelali do nas wszyscy i ze wszystkiego, ale mimo to wykonywaliśmy operacje. Jeżeli chodzi o zabezpieczenie lotnicze czy wywiadowcze, to mieliśmy pełne wsparcie Amerykanów. Zabezpieczali środki i siły, którymi Wojsko Polskie nigdy nie dysponowało. Wszystkie operacje, które przeprowadzaliśmy, wiązały się z ogromnym ryzykiem i dotyczyły naprawdę istotnych celów.

W tym roku GROM obchodzi 35-lecie sformowania jednostki. Mimo że nie służy pan już od wielu lat w JWG, to pozostaje emocjonalnie związany z GROM-em. Co pan czuje, wiedząc, że 35 lat JWG i miano jednej z najlepszych jednostek specjalnych na świecie to również historia życia i zasługa płk. Piotra Gąstała? Czy ma pan jakieś życzenia dla jednostki i obecnych żołnierzy, którzy w niej służą?

Z GROM-u można wyjść, ale GROM nie wychodzi z człowieka. Zaszczepiona kultura organizacyjna i wartości trzymają się dalej. Te wszystkie cechy, które nabyliśmy w jednostce, można potem z powodzeniem wykorzystywać w innej działalności czy pracy zawodowej. To jest ważne: wychodzimy z tej jednostki przede wszystkim z duchem pracy zespołowej. Jednostka to nie jest pojedynczy operator, ale zespół, grupa ludzi, która ma wykonywać skomplikowane zadania. To jest wiara w siebie, że jesteśmy bardzo dobrze wyszkoleni, pewni swoich umiejętności i możemy na siebie liczyć. Dobrze wyszkoleni wyposażeni, potrafimy wykonać zadania dla innych niemożliwe. To też tradycje dziedziczone po Cichociemnych Spadochroniarzach Armii Krajowej. Duch i tożsamość, określona symbolami i kolorem beretu, oraz przynależność do tej elitarnej grupy to bardzo istotny czynnik, wzmacniający naszą psychikę, poczucie własnej wartości i wiarę we własne możliwości. A przede wszystkim motywujący do działania. Z powodzeniem wykorzystujemy te walory w aktualnej działalności i życiu cywilnym.

Życzyłbym wszystkim tym, którzy obecnie służą w jednostce dobrych lat, ciekawych treningów, atmosfery wzajemnego zrozumienia i zaufania, poczucia, że razem potrafimy więcej. To jest bardzo ważne: mieć dowódców, którzy potrafią mądrze poprowadzić swoich żołnierzy, aby osiągać stawiane cele.

Każdy z nas poświęcił kawał życia tej jednostce i włożył mnóstwo energii, siły, krwi i potu w jej rozwój. Często kosztem własnej rodziny. Jednostka jest bardzo dynamicznym, rozwijającym się organizmem, uczymy się na własnych błędach. To jest istotne, bo przynosi później pozytywne efekty. Tak było na przykład podczas jednej z operacji bojowych w Afganistanie, w której zginął kapitan Woźniak. Wyciągnęliśmy z tego wnioski i min. stworzyliśmy zespół K-9. Gdybyśmy dysponowali wcześniej czworonożnymi żołnierzami, których bali się muzułmańscy terroryści czy rebelianci, to właśnie psy bojowe mogłyby jako pierwsze wejść do pomieszczenia i zneutralizować zagrożenie. Stworzyliśmy grupę przewodników psów i przeszkoliliśmy operatorów zespołów bojowych do współdziałania z psami. To był sukces wyciągnięty z porażki.

Polecamy temat: ORLEN szkoli pracowników z zasad medycyny pola walki >>

Z dumą wspominam pracę nad utworzeniem grupy naprowadzania lotniczego (JTAC). Wciąż czuję te emocje, jakie odczuwałem podczas kierowania ogniem AC 130 Gunschip i lotów na jego pokładzie.

Warto też wspomnieć o pierwszych szkoleniach, które udało nam się zorganizować z siłami specjalnymi Jordanii. Rozpoczęliśmy wtedy obecność na Bliskim Wschodzie, aktywnie uczestnicząc w koalicji państw walczących z Państwem Islamskim, które stanowiło największe zagrożenie dla Europy w tamtym czasie.

Jest jeszcze kilka innych rzeczy, którym nadałem kierunek, ale ze zrozumiałych względów nie wymienię. O czym mogę wspomnieć, to realizacja marzenia gen. Petelickiego o powstaniu klubu wojskowego na wzór brytyjskiego SAS w Hereford. No i mamy taki klub GROMOWNIĘ. Cieszę się, że udało nam się zorganizować w jednostce wydarzenia integrujące rodziny żołnierzy z Jednostką, takie jak pikniki dla dzieci czy bale na wzór przedwojenny. Były to wydarzenia kulturalne z udziałem wspaniałych i znanych artystów, integrujące społeczność żołnierską i ich rodziny, a które jednocześnie budowały prestiż i siłę tej jednostki.

Pracuje pan obecnie na stanowisku prezesa spółki ORLEN Ochrona. Czym zajmuje się firma i jakie istotne obiekty dla bezpieczeństwa państwa zabezpiecza?

ORLEN Ochrona jest spółką przeznaczoną do ochrony obiektów Grupy Kapitałowej ORLEN. Są to różnego typu obiekty, ale najważniejsze z nich to te, które możemy przyporządkować do infrastruktury krytycznej, takie jak rafinerie, terminale naftowe, zbiorniki gazu i ropy, elektrownie i elektrociepłownie. Przykładamy ogromną wagę do ich ochrony, ponieważ wyłączenie jakiegokolwiek z nich może spowodować niebezpieczne skutki dla gospodarki państwa. Obiektów o charakterze specjalnym, które podlegają ochronie, jest kilkadziesiąt. Z tego względu wymagamy od naszych pracowników zdecydowanie więcej niż od zwykłego pracownika ochrony. Chcemy, aby nasz pracownik miał kilka rodzajów specjalizacji w zakresie ochrony. W wielu obiektach pracownicy ochrony są dodatkowo ratownikami medycznymi, ratownikami chemicznymi, oficerami portowymi, operatorami bezzałogowych statków powietrznych czy operatorami systemów antydronowych. Obiekty, które ochraniamy, to obiekty o dużym ryzyku zaistnienia katastrofy. Zdarzają się wycieki i pożary. Nasi pracownicy muszą być w stanie udzielić pomocy medycznej, poprowadzić ewakuację z zagrożonych obszarów, jednocześnie pokierować w odpowiednie miejsce przybywające siły ratunkowe PSP, ratowników Pogotowia czy siły policyjne. Jest to wysoce specjalistyczna formacja ochrony.

Jakie wartości i doświadczenia wyniesione z JW GROM stara się pan przenieść na grunt ORLEN Ochrona? Czy istnieją obszary, takie jak szkolenia lub procesy organizacyjne, które są do siebie podobne?

Jak najbardziej. Przede wszystkim praca zespołowa. Zarówno tu i tam sprawdzają się zespoły, które razem wykonują zadania związane z ochroną obiektów, ale też te zespoły, które zapewniają pełne wsparcie, aby ochrona mogła być skuteczna. Od procesów rekrutacyjnych, po procesy kadrowe, finansowe i inne.

Jest istotne, żebyśmy wszyscy odczuwali, że to jest nasza firma, że wszyscy robimy wszystko, aby nasze działanie zakończyło się sukcesem. Wspólna realizacja celów spółki jest niezwykle ważna i wierzę, że ludzie to rozumieją. To dobre, przyjazne miejsce pracy, bo dokładamy wszelkich starań, aby pracownicy ze sobą nie konkurowali, lecz odnosili się do siebie z należytym szacunkiem. Odnoszę wrażenie, że nasi pracownicy mają poczucie pracy, która ma większy sens. Że to nie jest tylko wyrobienie czasogodzin, ale działanie dla bezpieczeństwa nie tylko Grupy Kapitałowej ORLEN, ale całego kraju.

Co obecnie stwarza największe zagrożenie dla obiektów, które ochraniacie? Jakie działania podejmujecie, aby tym zagrożeniom przeciwdziałać?

Obiekty, które ochraniamy to najważniejsze obiekty infrastruktury krytycznej, podlegające obowiązkowej ochronie. Rozmieszczone są w różnych miejscach na terenie kraju. Z wielką uwagą obserwujemy, jak obiekty infrastruktury krytycznej, najczęściej energetycznej, są atakowane w Ukrainie. Ataki te mają na celu nie tylko osłabienie państwa, ale przede wszystkim zredukowanie woli narodu do prowadzenia walki. Wyciągamy
z tego wnioski.

Moim zdaniem obecnie największym zagrożeniem są drony. To najtańszy sposób oddziaływania, mogący mieć bardzo poważne skutki związane z wyłączeniem instalacji z procesów produkcji. Dlatego musimy być przygotowani na to zagrożenie. Wiele instalacji jest już chronionych przez systemy antydronowe.

Systemy te wykrywają i lokalizują operatorów dronów. Grupy interwencyjne ORLEN Ochrony zatrzymują pilotów dronów latających w przestrzeni zabronionej i przekazują ich w ręce Policji w celu dalszego sprawdzenia.

Czy polskie prawo sprzyja działaniom antydronowym, czy jest raczej bardziej wrogiem niż przyjacielem w likwidowaniu takich zagrożeń?

Niestety nie sprzyja w stu procentach. Przepisy nie są jasne i bywają rozbieżne.

W jaki sposób doświadczenia z Ukrainy wpływają na waszą pracę i czy przekładają się na zmiany w waszych procedurach? Czy nasze warunki bardzo różnią się od ukraińskich w przypadku konieczności postępowania na wypadek godziny „W”?

Jednym z najważniejszych wniosków było to, aby nasi pracownicy ochrony pozostali na miejscu na wypadek wojny. Wyciągnęliśmy wnioski z doświadczeń ukraińskich pracowników analogicznych obiektów, z których większość została zmobilizowana, pozostawiając nagle elektrownie czy rafinerie bez żadnej ochrony.

Zabiegamy o zwolnienie naszych pracowników ze służby wojskowej w czasie „W”. Współpracujemy w tym zakresie z WCR (Wojskowe Centrum Rekrutacji – przyp. red.). Decyzją Ministra Energii ORLEN Ochrona będzie podlegać zmilitaryzowaniu w czasie „W”. To nam pozwoli na utrzymanie pracowników i ciągłości ochrony instalacji energetycznych, krytycznych dla państwa. To bardzo ważna decyzja, dająca nam podstawy do działania i rozwijania się. Wszyscy powinni rozumieć, że w czasie wojny wojsko nie zajmuje się ochroną. Zajmuje się obroną. Ochroną zajmują się formacje do tego powołane, takie właśnie jak ORLEN Ochrona, które są pierwszą linią ochrony przed zagrożeniami.

Czy w procesie szkolenia korzystacie z doświadczeń jednostek specjalnych?

Posiadamy własne Centrum Szkoleń Specjalistycznych, w którym pracują byli funkcjonariusze policyjnych oddziałów specjalnych, prowadzący znakomite treningi z zakresu wykorzystania broni. Wśród pracowników mamy paramedyków, prowadzących szkolenia medyczne. Szkolenie, które przechodzą siły specjalne, choć bogate w doświadczenie, nie jest wymagane w szkoleniu pracowników ochrony. Jeżeli zaś szukamy analogii, to prowadzimy treningi strzeleckie i taktyczne chociażby z obezwładniania przeciwnika, prowadzimy treningi paramedyczne, czyli udzielania pierwszej pomocy, treningi na temat zagrożeń, zachowania się w sytuacjach zagrożenia nie tylko dla pracowników ochrony, ale również dla pozostałych pracowników Grupy Kapitałowej ORLEN, aby wiedzieli, jak zachować się i przetrwać w sytuacjach kryzysowych, zagrażających życiu czy to w czasie ataków terrorystycznych, czy podczas wojny.

Czy i w jakim zakresie współpracujecie z innymi służbami mundurowymi, czy są wśród nich także te o charakterze specjalnych?

Spółka ORLEN Ochrona na co dzień współpracuje bardzo blisko z regionalnymi Komendami Policji. Związane jest to chociażby ze statusem SUFO, czyli posiadania broni, która musi być przechowywana w odpowiednio zabezpieczonych miejscach. Współpracujemy również z jednostkami specjalnymi Policji jak SPKP z Radomia czy CPKP „BOA” z Warszawy, ale również z jednostkami wojskowymi. Takich ćwiczeń w ciągu roku na terenie rafinerii w Gdańsku czy w Płocku oraz innych obiektach infrastruktury krytycznej odbyło się kilka. Między innymi z GROM-em.

Czy takie szkolenia na waszych obiektach służą podniesieniu poziomu waszego bezpieczeństwa?

Służą również naszemu bezpieczeństwu, chociażby z powodu istnienia potencjalnego niebezpieczeństwa, wzięcia za zakładników pracowników ORLENU. Wymagane jest od pracowników ORLEN Ochrona skuteczne kierowanie oddziałami specjalnymi w odpowiednie miejsca. Znamy te obiekty jak nikt inny, a są one naprawdę bardzo skomplikowane pod względem struktury wejść, przebiegu prac i zagrożeń, na przykład ulatniających się gazów, terenów mogących się zapadać czy przebiegających rur z gorącą wodą. Istotne jest, aby o tego typu zagrożeniach informować funkcjonariuszy czy też żołnierzy jednostek specjalnych. Dlatego to ćwiczymy. Jednostki specjalne, zarówno policyjne, jak i wojskowe, mają za zadanie odbicie tych instalacji z rąk terrorystów lub wrogich oddziałów. Jest to więc działanie bardzo istotne i przynosi korzyści także samym jednostkom, ponieważ uczą się działać na niezwykle skomplikowanych instalacjach.

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał: Tomasz Łukaszewski

Wywiad pochodzi z czasopisma SOF MAG 6/2025 i został udostępniony w całości dzięki wsparciu Grupy Kapitałowej ORLEN.