Rozmowa z ppłk. (rez.) Andrzejem Kruczyńskim – byłym oficerem Jednostki Wojskowej GROM, ekspertem ds. bezpieczeństwa.

Jednostka Wojskowa GROM, z której się wywodzisz, w ubiegłym roku obchodziła rocznicę 35-lecia sformowania. Jak wyglądały początki JW 2305?

GROM, jeszcze przed oficjalnym wstąpieniem Polski do NATO, był już w jego strukturach. Stało się to znacznie wcześniej, bo przed rokiem 1999. Oczywiście nieoficjalnie, ale już wtedy czuliśmy się żołnierzami Paktu. Tak było od momentu powstania jednostki, czyli od roku 1990. Amerykanie pomagali nam, skromnym żołnierzom, w tworzeniu zupełnie nowej formacji wojskowej. Nasze doświadczenia dotyczące działania sił specjalnych opierały się na taktyce i wyposażeniu jednostek specjalnych wchodzących dotychczas w skład Układu Warszawskiego. Inne procedury, inny sprzęt, zupełnie inny system dowodzenia. I nagle to się zmieniło. Ówczesny pułkownik, późniejszy generał, Sławomir Petelicki miał wyraźną wizję stworzenia jednostki odpowiadającej standardom formacji działających w strukturach Paktu Północnoatlantyckiego. Jednostka GROM nie powstałaby, gdyby nie jego wizja i odwaga w myśleniu, umiejętność patrzenia dalej oraz przewidywania przyszłości. Odpowiedzialność za podwładnych, konsekwencja w działaniu, szczególnie istotna w tamtych realiach, oraz stałe doskonalenie i rozwój sprawiły, że GROM należy do ścisłej elity światowych sił specjalnych. Należy również pamiętać, że na terytorium Polski stacjonowały jeszcze wojska radzieckie, których ostatnie oddziały opuściły nasz kraj dopiero w 1993 roku, czyli już w okresie działania GROM-u. Tak, dziwny ten świat. Jedną nogą niemalże byliśmy już w NATO, szkoliliśmy się z żołnierzami Paktu, a w Legnicy nadal przebywali radzieccy żołnierze.

My, żołnierze wyszkoleni na sprzęcie i wyposażeniu Wojska Polskiego, widząc taką broń, którą do tej pory znaliśmy tylko z filmów wojennych, byliśmy uskrzydleni. Dotyk pistoletu maszynowego MP-5 u wielu z nas powodował szybsze bicie serca i mnóstwo myśli: „Tak, mam taki sprzęt i mogę go używać”. Można to porównać do słów Neila Armstronga, który, stawiając stopę na Księżycu, powiedział: „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Dla nas takim skokiem było pojawienie się nowej broni, nowoczesnego wyposażenia oraz świadomość, że stosowane rozwiązania odpowiadają najwyższym światowym standardom. Nikt z nas nie przypuszczał wówczas, że jesteśmy nie tylko świadkami, lecz współtwórcami historii, która pisała się na naszych oczach.

Zmiana układu sił w Europie wymusiła jednak zmianę myślenia. Trzeba było przestawić się na inne tory, na drogę prowadzącą do NATO.

Byliśmy wtedy młodzi, pełni zapału, ciekawości świata i chęci poznania rzeczywistości, którą do tej pory znaliśmy głównie z filmów i ze szkoleń.

Przeczytaj także: Jak Feniks z popiołów… >>

Nie byłoby GROM-u, gdyby nie wizja i determinacja generała Sławomira Petelickiego – twórcy jednostki. Jakim dowódcą i osobowością był gen. Petelicki?

Ten, jakże na tamte lata szalony pomysł, nie miałby szans na powodzenie, gdyby nie charyzma, nieustępliwość, wizja naszego „Ojca”, bo tak nazywaliśmy generała Petelickiego. To on swoim codziennym zachowaniem, nieskazitelną postawą oficera, wiarą w powodzenie przedsięwzięcia, dodawał nam otuchy podczas morderczych treningów, szkoleń, różnych działań. My wierzyliśmy jemu – on wierzył nam. Dowodem jego odwagi było choćby to, że nie bał się stanąć w roli zakładnika, wśród tarcz imitujących terrorystów, podczas gdy my, używając ostrej amunicji, ćwiczyliśmy jego uwalnianie. Do czegoś takiego naprawdę trzeba było mieć ogromną determinację i charakter.

Duża kultura osobista, sznyt oficerski to były przymioty naszego „Ojca”. Nawet jeśli chciał kogoś skarcić, potrafił to zrobi z klasą i z szacunkiem do osoby, do której się zwracał.

Cały wywiad możesz przeczytać w SOF MAG 3/2026, które będzie do kupienia w naszym sklepie internetowym oraz sieci sklepów Empik.