W świecie NATO i UE szpiegostwo dawno przestało być domeną „wrogów” – rozgrywa się ono także między partnerami siedzącymi przy tym samym stole. Gdy jedno państwo wykorzystuje dostęp do poufnych narad, by karmić informacjami państwo trzecie, z sojusznika staje się funkcjonalnie agentem w obcym interesie. Logika „szpiegostwa wśród przyjaciół” jest trwałym elementem zachodniej polityki bezpieczeństwa. Stawką są nie tylko tajne dokumenty, lecz zaufanie, na którym opiera się wspólnota, i realny dostęp do kluczowych decyzji.
Dlaczego przyjaciele się szpiegują?
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że państwa należące do NATO i Unii Europejskiej nie powinny się nawzajem szpiegować. Skoro są partnerami, współpracują wojskowo, politycznie i gospodarczo, to intuicja podpowiada, że powinny sobie ufać. W praktyce jest inaczej. Państwa współpracują, ale jednocześnie chcą wiedzieć więcej, niż partner jest gotów powiedzieć oficjalnie.
To właśnie dlatego w świecie wywiadu obowiązuje zasada dość prosta, choć mało romantyczna – sojusznik nie jest wrogiem, ale nie jest też kimś, komu bezwarunkowo powierza się to, co dla nas cenne. Państwa chcą wiedzieć, jakie są prawdziwe intencje partnera, jakie stanowisko zajmie w ważnym sporze, czy dobrze chroni wspólne tajemnice i czy nie prowadzi własnej gry na naszą szkodę. Dlatego szpiegostwo wśród przyjaciół nie jest wyjątkiem, lecz stałym elementem polityki niemal każdego państwa.
Jakie tajemnice są w cenie?
Państwa NATO i UE dysponują wrażliwymi informacjami wojskowymi na temat różnych aspektów bezpieczeństwa, w tym bezpieczeństwie cyfrowym, śledztwach finansowych, negocjacjach politycznych, sankcjach i planach kryzysowych. Każde państwo chce wiedzieć, co naprawdę myślą inni, zanim zapadną decyzje kosztujące miliardy euro/dolarów mogące zmienić politykę bezpieczeństwa albo zaszkodzić jego elitom politycznym.
Polecamy temat: Akty sabotażowo-dywersyjne wobec infrastruktury krytycznej >>
Do tego dochodzi ważny aspekt – wspólnota interesów nigdy nie jest pełna. Państwa mogą razem głosować w jednej sprawie, a w innej ostro ze sobą rywalizować. Mogą wspólnie potępiać przeciwnika, ale już zupełnie inaczej patrzeć na nakładanie sankcji gospodarczych, handel, energetykę czy wojskowe priorytety. W takich warunkach wywiad staje się narzędziem sprawdzania partnera. Nie po to, by od razu go zwalczać, ale by nie dać się zaskoczyć.
Jak wygląda szpiegowanie partnerów?
Szpiegostwo wśród sojuszników rzadko przypomina filmowe sceny z mikrofilmem ukrytym w zegarku. Nie są to również kadry ze spektakularnymi tajnymi operacjami. Znacznie częściej polega na wykorzystywaniu osób, które już znajdują się blisko ważnych informacji: urzędników, dyplomatów, tłumaczy, wojskowych, doradców albo pracowników instytucji międzynarodowych. Ten właśnie dostęp jest tu najcenniejszy. Kto ma wgląd w dokumenty, rozmowy, kalendarze spotkań i nieformalne ustalenia, ten ma wartość wywiadowczą nawet bez spektakularnych umiejętności operacyjnych.
Druga typowa metoda polega na atakowaniu najsłabszego ogniwa. Nie trzeba włamywać się bezpośrednio do najlepiej chronionej instytucji, jeśli podobne informacje krążą także w mniej zabezpieczonym resorcie państwa członkowskiego, na laptopie uczestnika narady albo na nośniku danych pozostawionym poza ścisłą kontrolą. Właśnie dlatego w praktyce wiele najpoważniejszych szkód nie zaczyna się od wielkiej operacji przeciw głównej kwaterze, lecz od małego wycieku na peryferiach systemu.
Trzeci sposób to wykorzystywanie codziennej współpracy. W świecie UE i NATO wszyscy wysyłają sobie zaproszenia, projekty dokumentów, notatki, materiały robocze i poufne wskazówki. Jeśli ktoś potrafi dobrze podszyć się pod znaną instytucję albo wejść do obiegu dokumentów jako „zwykły uczestnik procesu”, może wyciągnąć z tego ogromną ilość wiedzy.
Anna Grabowska-Siwiec
Cały artykuł możesz przeczytać w numerze 2/2026 czasopisma SOF MAG – Special Operations Forces Magazine, który jest do kupienia w naszym sklepie internetowym oraz w sieci sklepów Empik.

